Nadzieja umiera ostatnia…

Tyle lat walki, wzloty i upadki, piękne i trudne chwile, codzienne , zwykłe zmagania, trudne decyzje, wielkie bitwy…porażki i spektakularne sukcesy…SAMO ŻYCIE…

Tak trudno mieć nadzieję, kiedy jest coraz ciężej, coraz mniej sił, coraz większe problemy pojawiają się na naszej drodze. Trwaliśmy tylko dlatego, że nie byliśmy sami.

To, że Patryk doszedł do tego momentu to zasługa wielu ANIOŁÓW, które pojawiły się w naszym życiu. Lista jest zbyt długa, żeby wszystkich wymienić…Dziękuję Bogu za każdego z nich…

Jestem jeszcze w szoku. Nie dociera do mnie w pełni , to co się wydarzyło. Patryk dokąd mnie nie zobaczył, nie wierzył, że żyje. Zresztą wciąż się upewnia.

Jest już wybudzony, rozintubowany, ma odłączane kolejne dreny. Wczoraj została odłączona sztuczna nerka. Rozmawia , pyta, żartuje. Siada, zajada delikatne posiłki, ma fizjoterapię, kaszle , żeby pracowały efektywnie nowe płuca.

Oddycha … Oddycha nowymi płucami…Pełną piersią…

Mój syn żyje…

PAMIĘTAJCIE KOCHANI…COKOLWIEK SIĘ ZDARZY  – NIGDY NIE TRAĆCIE NADZIEI !!!!

Walczcie !!!

Jesteśmy osobami głęboko wierzącymi. Modliliśmy się nieustannie o nowe płuca dla Patryka. Dwa tygodnie wstecz mój syn powiedział : mamuś, tak nie jest dobrze. Oddajmy to wszystko Bogu, On wie co i kiedy jest dla nas najlepsze…

Dzień przed telefonem zabrałam z domu do samochodu torbę tzw. Szczecińską…

Bez napięcia, bez strachu, pogodzeni…ważne, że ze sobą.. i telefon…właśnie wtedy…

To nie koniec walki, ale to już inny etap. Teraz już nie wątpię, że damy radę, bo to nie nasze siły są ważne…

Dziękuję za każdego smsa, każdy wpis, każdy telefon, za każdą myśl, słowo, modlitwę. Ta pozytywna energia aż unosiła się wokół nas:)

 

 

Reklamy