Najsłabsi ? czy nasilniejsi ?

Życie, jak rwąca, zburzona rzeka przelewa się wokół nas, a my gdzieś w środku…w małej łupince, która cudem utrzymuje się na powierzchni spienionych fal…

Kurczowo trzymamy się burty.. walczymy o każdą minutę, o każdy oddech…karmimy się nadzieją, wiarą, modlitwą…chwytamy wyciągnięte w naszą stronę dłonie, które podnoszą nas, kiedy tracimy siły…

Co nas nie zabije, to nas wzmocni…

Coś w tym jest…bo kiedy patrzę na ciężko chorych, wymęczonych młodych ludzi, którzy trafiają na oddział szpitala…nie moge pojąć z kąd na ich twarzach uśmiech?…z kąd czerpią siły do codziennej walki?…jak to się dzieje, że wtedy, kiedy każdy oddech to wyzwanie – na pytanie – co słychać?..oddpowiadają z uśmiechem…OK…może być…

Tak bardzo ich podziwiam… są tacy silni, są tacy pozytywni…Potrafią swój strach schować głęboko, nauczyli się przez lata żyć z bólem …

Mój syn się nie skarży, nie narzeka, nie płacze…uśmiecha się do ludzi, dziękuje za wszystko, nawet oczywiste rzeczy…modli się szczerze, nie na pokaz…zawsze pogodny..

A ja?

Rok tamu napisałam :”Bez sił”

…a dzisiaj?…mogę powtórzyć te same słowa…

I wstyd mi, że jestem taka słaba…

 

 

 

Reklamy

Coraz mniej czasu…

Czwarty tydzień w szpitalu… walka … walka …walka…

Wtedy, kiedy wydaje się, że sytuacja jest pod kontrolą- cios – krwotok z płuc  jakiego nigdy nie było. Można się udusić z braku powietrza, a można się utopić we własnej krwi.

Nigdy wcześniej nie bałam się tak bardzo…i nigdy wcześniej nie czułam takiej bezradności..Najgorsze jest to, że nic nie zapowiada takich kryzysów…przychodzą z zaskoczenia, wtedy kiedy najmniej się tego spodziewamy…

Cieszą nas różne rzeczy, zdarzenia, drobiazgi…wizyta przyjaciół, rodziny, rozmowa telefoniczna…cieszą nas wielkie i niosące nadzieję zdarzenia, jak kolejny koncert na rzecz Patryka…

Przychodzą też takie dni, jak dzisiejszy…kompletny brak sił…niemoc…i tylko możemy wierzyć, że to co dobre jest jeszcze przed nami…na przekór…