Świat równoległy…

Od  ponad tygodnia znowu szpital. Może to nawet lepiej?…w domu już chyba niezbyt sobie radzimy. Po kilku dniach wszystko zaczyna się psuć, a potem tylko czekanie na miejsce…czekanie wypełnione strachem, bólem i niekończońcym się kaszlem…

Mała sala szpitalna to teraz cały świat Patryka…i mój też…Tym razem mamy okno z widokiem na trawnik, zielone drzewa, a trochę dalej ulica …z pędzącymi autami , z ludźmi spieszacymi się do swoich spraw, z całodobowym sklepem z alkoholem, z ulicznym teatrem codziennym…

Coraz częściej ogarnia nas wrażenie wyalienowania. Coraz mniej nas łączy ze światem zewnętrznym.

Zdajemy sobie sprawę , że upływający  czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Choroba bezlitośnie wykorzystuje każdą okazję, żeby dołożyć Patrykowi. Każdego dnia zabiera część sił, trochę oddechu…a dzisiejszy dzień możemy nazwać czarnym wtorkiem. Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że w płucach zadomowiła się bakteria oporna na wszystkie antybiotyki…super obrzydliwa, paskudna…

Czasami mówimy – boję się… czasami mówimy – ten stres mnie wykończy…czasami mówimy – już mam dość , więcej nie dam rady…

Ja też tak mówiłam, nawet bardzo często. Niestety, dopiero teraz wiem, co znaczy paraliżujący strach . Strach, który nie odpuszcza nawet na chwilę, ściska za gardło, odbiera rozum…

Strach, który zmusza do walki – czasami ponad siły, który każe się uśmiechać wtedy, kiedy najchętniej wlazłoby się do mysiej nory, który natychmiast stawia Cię na nogi, kiedy upadniesz…

Tyle pytań bez odpowiedzi…

 

 

Reklamy

Nie osądzaj…

 

Wczoraj, przedwczoraj, dzisiaj miałam cięższy dzień niż zwykle…niemoc mnie rozbija na milion kawałków. Patryk znowu ma zaostrzenie. Tydzień w domu, chwila oddechu…i znowu. Strach, ból, osamotnienie, noce bez końca, nie lepsze poranki…dzisiaj krwioplucie…

Mój syn mi dzisiaj powiedział, że najbiedniejsi są ludzie, którzy mają tylko pieniądze. Więc jestem bogata!!! Mam wspaniała dzieci, cudownych przyjaciół, w tych najtrudniejszych momentach nie jestem sama…zdana tylko na siebie…

Ale przychodzi noc…w ciemności czai się strach…narasta ból w piersiach, kiedy patrzę na cierpienie mojego dziecka, brakuje mi oddechu, napinają się boleśnie mięśnie…czasami myślę, że już nie damy rady…tak łatwo, by było wszystko zakończyć…po prostu zasnąć…jest tyle sposobów…

I zaraz potem wstyd…

Czego mi brakuje? Jestem szczęściarą!!! Patryk nie narzeka, a ja co ? Damy radę!!! Jeszcze trochę!!!

I uśmiecham się…do świata, do ludzi, do nowego dnia…nawet wtedy , kiedy tracę nadzieję, kiedy mi bardzo źle, kedy nie mam już siły…bo mój syn się nie poddaje, bo jest moją drogą do Boga…

Nie osądzaj mnie, bo nie wiesz co mam w sercu…

Wojownicy dnia codziennego…

Jak silnym człowiekiem trzeba być, żeby każdego dnia, przez lata walczyć o życie nie tracąc człowieczeństwa, pogody ducha, wrażliwości…

Mój podziw dla ciężko chorych, umęczonych młodych ludzi, przez lata walczących o życie, o godność, o odrobinę normalności ciągle rośnie. Nigdy nie urągają na los, nie narzekają, nie emanują niechęcią do całego świata.

Disiaj mija drugi tydzień. Kolejny tydzień spędzony na szpitalnym łóżku, w szpitalnej, trzyosobowej sali. Udomowiona przestrzeń, miejsce do życia, do pracy. Patryk przestaje tęsknić za domem. Tu ma to, czego nie  jestem w stanie  zapewnić Mu w domu, chociaż bardzo bym chciała… a być przy nim i wspierać Go mogę wszędzie.

Chyba oboje przestaliśmy się szarpać. Czasami boję się, że to rodzaj rezygnacji, a czasami myślę, że są sprawy na które nie mamy wpływu – a wtedy lepiej powierzyć je Bogu. Robić swoje, nie rezygnować…i nie tracić wiary…

Ktoś powie…ale banały…a mnie życie nauczyło, że tam, gdzie kończą się nasze siły i możliwości…

Nawet pogoda jest z moim synem. Chyba naprawdę ciepło będzie, kiedy wróci do domu, a póki co za oknem burza…a po burzy -pewno tęcza 🙂