Stan zawieszenia…

Znowu szpital…od piątku…
Przedłużające się zaostrzenie spowodowało, że Patryk znowu stracił na wadze. Bardzo szybko ubywa kilogramów, ale w drugą stronę już o wiele trudniej.
Jednocześnie ma podawane trzy antybiotyki . Oczywiście nie obeszło się bez dodatkowych atrakcji. W SZPITALU jest tylko jedna osoba, która zakłada igłę do portu….i wychodzi z pracy o14.00. Patryk na oddział dotarł ok. 15.00, więc został tylko welfron, który po dwóch wlewach już przestał działać. Założenie kolejnego przy tak zniszczonych żyłach to duże wyzwanie.
W sobotę dyżur miał dr. który zajmuje się Patrykiem, ale nawet jego interwencja nie spowodowała, żeby ktoś pomógł mojemu synowi. Anestezjolog powiedział, że to nie jego działka i nie przyjdzie.
Po raz kolejny mogłam się niestety przekonać jak ważny (albo nie ważny) jest w tej machinie człowiek.
Dobrze, że dr. zaryzykował i sam ( podobno to jego debiut) założył igłe.
Podobnie było w Rabce- to lekarz prowadzący zajmował się portem.
Tym razem Patryk jest na sali z młodymi mężczyznami i to dzięki interwencji pani salowej. Nawet jak się wchodzi do łazienki czuć różnicę;-). Przekonałam się już wielokrotnie, że takie „drobiazgi” mają duże znaczenie . Efekty leczenia zależą nie tylko od leków, które są podawane.

Reklamy

Niemoc…

Patryk w domu. Od ponad tygodnia ma zaostrzenie…kaszel, temperatura. Mamy cały czas kontakt ze Szczecińską kliniką, ale przez najbliższy miesiąc nie ma co liczyć na jakieś diametralne rozwiązania. Lekarz z Płockiej też na urlopie.
Takich sytuacji przez wszystkie poprzednie lata było wiele, więc był czas żeby się przyzwyczić…ale to tak nie działa. Wieloletni stres i ciągły strach nie dodają sił- przciwnie- niepewnośc odbiera nam energię niezbędną do walki.
Smutno mi….wszystko się zmienia, otoczenie, ludzie…
Staram się zawsze pozytywnie patrzeć na życie…wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko co nas spotyka ma jakiś sens . Tylko od nas zależy co z tym zrobimy, czy wyciągniemy odpowiednie wnioski.
Przez kilka lat jeżdziliśmy do szpitala do Rabki. Tam był dr.który ratował , pomagał, słuchał. To tam za płotem urzęduje PTWM. Dziewczyny, które znają pacjentów i ich problemy.
Zawsze, kiedy Patryk był tam w szpitalu szłam do biura (jak wszyscy) ..pogadać, wypłakać swój strach, pobyć z kimś, kto rozumie moje obawy. To tam oparcia szukali zagubieni, przestraszeni chorzy.
To zawsze był azyl, najlepsze miejsce dla chorych i rodzin.
Minęło parę lat…powinno być lepiej…
Jakiś dziwne wojenki personalne spowodowały, że chorzy  zostali zostawieni sami sobie. Nie mają kontaktu z lekarzem, ktory zajmował się nimi całe lata.Problemy z leczeniem, z przyjęciem na oddział.
Próba poprawienia pracy Ptwmu, rozszerzenia działań na rzecz chorych spowodowała, że psuje się cały mechanizm. Brak informacji sprawia, że chorzy i ich rodziny są przerażeni i zdezorientowani….zostaje zwolniona osoba na którą zawsze mogli liczyć.
Ostatki jakiejś normalności się sypią. Nikt nikomu nic nie tłumaczy, nie rozmawia…
Wiola…to ona organizowała urodziny dla chorych, którzy mieli pecha i spędzali je w szpitalu. To ona swój prywatny czas poświęcała potrzebującym. Zabierała do siebie do domu…na obiadki, na święta, na grila, na ognisko…zna najskrytsze tajemnice, pomaga rozwiązywać pogmatwane sprawy, trzymała za rękę w tych najtrudniejszych chwilach.
Sama ma rodzinę, dzieci, męża…wszystko zostawiała i gnała pomagać potrzebującym..
Czemu tak się dzieje?
Smutno mi…wszystko się zmienia…szkoda, że nie na lepsze…
Gdyby nie wiara …
Bóg dał nam wolną wolę….czasami bardzo kusi, by ją wykorzystać niekoniecznie właściwie…

Poranek…

Poranek ciężki. Patryk wymęczony zasnął. Boję się, że znowu czeka Go szpital. Wszystko co robimy-poza zaleconymi lekami- to ma chyba bardziej kosmetyczne, a nie lecznicze działanie.
Jakaś masakra- oddałabym życie, żeby pomóc Patrykowi, oszczędzić Mu cierpienia, a być może przyczyniłam się do tego, co się dzieje.
Tak bym chciała, żeby ktoś stanął obok i powiedział, co dalej robić, co będzie w danej chwili słuszne…

Boję się…

Wiedziałam…czułam to przez skórę…
Tylko poczułam pierwsze objawy infekcji już bałam się o Patryka. Niedoleczony ze szpitala…i wirusówka w domu. Tylko w jeden sposób mogło to zaskutkować. Nie pomogła maseczka i izolacja.
Nie jestem w stanie słuchać tego kaszlu, patrzeć jak cierpi….tak mi Go szkoda.
To napięcie jest straszne….boję się. Kompletnie nie wiem co robić.
Lekarz z Płockiej ma wyłączony telefon.
Zobaczymy jak noc.
Boże…proszę …daj siłę mojemu dziecku…

Boję się…

Wiedziałam…czułam to przez skórę…
Tylko poczułam pierwsze objawy infekcji już bałam się o Patryka. Niedoleczony ze szpitala…i wirusówka w domu. Tylko w jeden sposób mogło to zaskutkować. Nie pomogła maseczka i izolacja.
Nie jestem w stanie słuchać tego kaszlu, patrzeć jak cierpi….tak mi Go szkoda.
To napięcie jest straszne….boję się. Kompletnie nie wiem co robić.
Lekarz z Płockiej ma wyłączony telefon.
Zobaczymy jak noc.
Boże…proszę …daj siłę mojemu dziecku…